FAIL (the browser should render some flash content, not this).
Start Relacje z testów
Relacja nr 1
   W sobotę,8 czerwca w godzinach popołudniowych wybrałem się w
   miejsce,gdzie dwie sądeckie rzeki łączą się ze sobą,a konkretnie
   Kamienica wpada do Dunajca.Rzeki,które przez poprzednie dni niosły
   wysoką,prawie powodziową wodę,powoli opadały,wiadomo zawsze szybciej
   te mniejsze.I właśnie ujście mniejszej rzeczki do większego
   Dunajca,zawsze w okresie popowodziowym,było doskonałym łowiskiem.Tym
   bardziej,że dość duże masy jeszcze brudnej,Dunajcowej wody,mieszały
   się z już prawie czysta wodą Kamienicy.Miejsce styku dwóch rzek,ze
   względu na spowolnienie nurtu,wsteczne prądy i zawirowania,wyglądało
   bardzo obiecująco.
     Stałem chwilę obserwując wodę i zauważyłem uciekające
     wachlarzem po samej powierzchni wody,a nawet w
     powietrzu,ukleje.Wyglądało mi to na ataki okoni.Po chwili wszelki
     ruch na wodzie się uspokoił.Uznałem,że polujące drapieżniki
     przestały żerować,lub żerują przy dnie,czego nie widać na
     powierzchni.Ze względu na dużą głębokość i dość mocny prąd
     zmontowałem zestaw do bocznego troka-kij,wklejka,270 o cw.do
     17g,ciężarek 14 g i jako przynęta 4 cm.okoniowy,biały twister na
     muchowym haku.Przed zawiązaniem haka na żyłkę nasunąłem
     najmniejszy z posiadanych apetyzerów w kolorze czerwonym.Układ taki
     stworzył wrażenie,że mamy na końcu zestawu dużą,czerwoną
     główkę jigową z białą przynętą,czyli klasyczne barwy
     narodowe.Napełniłem apetyzer atraktorem Shock  Bite Okoń,firmy
     Dragon i rozpocząłem łowienie.Łowiłem łącząc 3 metody:bardzo
     powolne wleczenie.podszarpywanie i króciutki opad,lecz
     podejrzewam,że moje działania były na tyle zamierzone,co
     nieskuteczne.W tak niespokojnej wodzie,z dużą ilością wstecznych
     prądów i zawirowań,o różnej sile i kierunku,to rzeka prowadziła
     przynętę a nie wędkarz.
      W trzecim lub czwartym rzucie ,kiedy przynętę miałem prawie pod
      nogami,poczułem mocne przytrzymanie,odruchowo zaciąłem i zaczęła
      się zabawa.Ryba w pierwszym impecie wybrała mi trochę żyłki z
      kołowrotka i odeszła w mocniejszy nurt.Biorąc pod uwagę napór
      prądu na rybę + delikatność sprzętu (żyłka 0,16) przez
      dłuższą chwilę nie byłem w stanie podjąć żadnego
      działania,tylko trzymać wędzisko w górze i dbać o napięcie
      żyłki.Jedyne co mogłem zrobić,to schodzić brzegiem w dół
      rzeki,będąc bardziej ciągniętym przez rybę (czytaj prąd) niż
      odwrotnie.
I nie wiem jak daleki byłby to spacer,gdyby nie trochę wędkarskiego
szczęścia.W pewnym miejscu woda podmyła brzeg i dość duże drzewo
runęło całą koroną do wody,tworząc przeszkodę dla nurtu i w
następstwie mocny wsteczny prąd poniżej.W tę to cofkę udało mi się
wciągnąć rybę,a potem to już poszło łatwo.Do ostatniej chwili nie
wiedziałem co mam na haku.Okazało się ,że to sandacz,może niewielki,bo
tylko 58 cm,ale złowiony w nietypowych okolicznościach,na zestaw nie do
końca przeznaczony dla niego i przy zastosowania apetyzera.
  Sandacz był zmęczony(chyba bardziej ode mnie) więc dostał buzi i po
  chwilowej reanimacji wrócił do wody.Ja pospiningowałem jeszcze  przez
  godzinę,robiłem próby z innymi przynętami i apetyzerami
  (wielkość,kolor), ale bez rezultatu.

 I tak wyglądała moja przygoda z pierwsza  rybą złowioną przy użyciu
 apetyzera i atraktora. 
Relacja nr 2
W kolejną sobotę,15 czerwca, po południu wybrałem się z Kolegą
      nad piękny zbiornik zaporowy Klimkówka w powiecie gorlickim.
      Poranne obowiązki zawodowe, dość długi dojazd, pompowanie
      pontonu, zmontowanie sprzętu zajęło nam tyle czasu, że na wodzie
      byliśmy dopiero około godź. 17-tej.Popłynęliśmy od razu pod
      drugi brzeg zbiornika,który był praktycznie niedostępny w inny
      sposób,jak tylko drogą wodną. Naszym głównym celem były
      sandacze,liczyliśmy się tez z przyłowem w postaci szczupaka,który
      występuje tu w niewielkiej ilości.Jak luż wspomniałem jest to
      zbiornik zaporowy,stosunkowo młody,jeszcze nie bardzo zamolony,więc
      głęboki,z dużą ilością ostrych spadów,uskoków
      dna,górek,płaskich blatów i takich właśnie miejsc
      poszukiwaliśmy echosondą,żeby zwiększyć szanse na
      brania.Używaliśmy krótkich,sandaczowych kijów,z tym,ze ja
      naprzemiennie dwóch zestawów-lżejszej gumy na grubszej plecionce,w
      celu spowolnienia opadu, i odwrotnie-ciężkiego koguta
      przywiązanego do cienkiej pletki.Kolega łowił tylko i wyłącznie
      na duże,12 cm gumy. Zaproponowałem Koledze użycie apetyzera i
      długo musiałem Go namawiać,żeby się zgodził.Wybrał czerwony
      kolor w wielkości 4, a ze względu na wielkość
      przynęty,nasunęliśmy go przed gumę na krętlik.Ja natomiast
      stosując mniejsze rippery i kopyta (3 i 4 cale) umieściłem czarny
      apetyzer nr.3 na szyjce główki jigowej i aby nie skracać
      gumy,użyłem trochę większy rozmiar haka,niż wynikałoby to z
      wielkości gumy.Dodatkowo zastosowałem kroplę kleju w celu
      zabezpieczenia się przed zsuwaniem gumy.Do kogutów nie stosowałem
      żadnych atraktorów,a apetyzery zamontowane łącznie z gumami
      napełniłem firmowym Shock Bite Sandacz Dragona. I tak sobie
      wędkowaliśmy przez ok.3,5 godź.Zmienialiśmy
      miejscówki.szukaliśmy ryb na 3 m,jak i na 12 m głębokości,
      zmienialiśmy przynęty i metody prowadzenia:wysoki i niski opad,opad
      szybki i wolny,jednostajne wleczenie,wleczenie z podszarpywaniem,i
      kompletnie nic,ani jednego pstryknięcia.
      Około godź.20,30  trochę zrezygnowany odłożyłem wędkę i
      zabrałem się za jedzenie kanapki,równocześnie obserwując
      poczynania Kolegi,który się zawziął i nie rezygnował.W pewnym
      momencie,patrząc na szczytówkę Jego kija,zauważyłem piękne
      branie i natychmiastowa reakcję Kolegi.Bez rezultatu.Po
      wyciągnięciu przynęty z wody okazało się,że guma jest prawie
      ściągnięta z haka i podziurawiona kłami sandacza.W tej sytuacji
      zaproponowałem Koledze użycie dozbrojki.On jednak odpowiedział "za
      chwilę",poprawił gumę i rzucił w to samo miejsce.Przy drugim
      podbiciu sytuacja się powtórzyła z takim samym wynikiem.Wtedy
      przestałem zwracać na Niego uwagę,pomyslałem sobie,niech robi co
      chce i wziąłem się za swoje łowienie.
    W drugim,lub trzecim rzucie  kogutem w kolorze
    szaro-brązowo-popielatym poczułem delikatne branie, którego nie
    zaciąłem.Podejrzewałem,że sandacz skubnął za same końcówki
    piór.To branie,po dwóch braniach u Kolegi utwierdziło mnie w
    przekonaniu,że dzisiaj sandacz jest niezdecydowany i trzeba go jakoś
    sprowokować.Zrobiłem coś.czego nigdy wcześniej nie
    próbowałem--założyłem apetyzer do koguta.Jak to jest technicznie
    możliwe? Otóż od jakiegoś czasu zamiast wiązać plecionkę używam
    łącznika bezwęzłowego.Nawlekłem apetyzer na
    plecionkę,zawiązałem łącznik z agrafką i maksymalnie dosunąłem
    apetyzer do głowy koguta.Użyłem żółtego apetyzera ,chyba rozmiaru
    3,ale najciekawsze jest,czym go napełniłem.Na dnie wędkarskiej torby
    znalazłem buteleczkę ze "Smrodkiem Bogdana Bartona",która się tak
    dawno temu zawieruszyła.że zawartość była już trochę
    nadpsuta.Atraktor ten,który normalnie ma zapach
    olejowo-małżowo-rybny i jeszcze nie wiadomo jaki,po prostu
    śmierdział.Ale pomyślałem sobie,że to co dla człowieka
    śmierdzi,dla ryby może stanowić element wabiący i co mi szkodzi
    spróbować. Kolega moje poczynania skwitował pytaniem,'co tu tak
    śmierdzi"?Nie odpowiedziałem mu,tylko kolejny raz posłałem koguta
    do wody,starając się trafiać w to samo miejsce.Przy którymś
    kolejnym rzucie miałem piękne,sandaczowe pstryknięcie w czasie
    długiego opadu koguta,i po krótkim holu,z głębokości ok. 9 m
    wyjąłem sandacza 63 cm.Nie jakiś potwór,ale cieszy,bo pierwszy po
    kilku godzinach bezowocnego biczowania wody.Kiedy po kilku rzutach
    wyjąłem drugiego mętnookiego,tum razem
    mniejszego,54-centymetrowego,Kolega już nic nie mówił,tylko lał
    Smrodek do apetyzera,a tylko zmienił gumy na mniejsze.Nie wiem czy to
    tylko zasługa apetyzera,czy złożyło się na to kilka
    czynników,min.pora dnia i czas,że po prostu zaczęły brać,czy
    wszystko razem.Faktem jest,że ja oprócz 2 miarówek miałem jeszcze 3
    krótkie sandaczyki po ok.40 cm-wszystkie na koguta,a Kolega złowił
    4,też wszystkie kótkie,ale jego rybom brakowało do miary tak po 2,3
    cm.
    Tak właśnie wyglądała  nasza przygoda z sandaczami,apetyzerem i
    smrodkiem.
Relacja nr 3
W niedzielę,23 czerwca,wybrałem się na drugi w Okręgu PZW Nowy
Sącz,zbiornik zaporowy,nazywany jeziorem Rożnowskim.Powstał on w dolinie
Dunajca,w miejscowości Rożnów.Budowa zapory rozpoczęta w latach 30-tych
ubiegłego wieku,ukończona została przez Niemców,w czasie II Wojny
Światowej w roku 1941.Jak łatwo policzyć zbiornik istnieje już 72 lata
i w związku z ciągłym nanoszeniem osadów dennych,jak i różnego
rodzaju śmieci i zanieczyszczeń (zwłaszcza w czasie powodzi) ulega
ciągłej degradacji,zarówno pod względem turystycznym,jak i
wędkarskim.Kiedyś piękny,głęboki,typowo sandaczowo-leszczowy zbiornik,
z rozległymi,kamiennymi blatami,spadami,uskokami i podwodnymi górkami
staje się coraz płytszym,coraz bardziej zamulonym,przechodzącym w
jezioro szczupakowo-linowe.Do niedawna złowienie okazowych ryb różnych
gatunków,w tym pięknych,zaporowych boleni,nie było wielkim problemem.W
chwili obecnej w wyniku nieuniknionych czynników przyrodniczych,jak
również na skutek złej gospodarki ludzkiej,i oczywiście kłusownictwa i
to kłusownictwa uprawianego przez "prawdziwych" wędkarzy z uprawnieniami
pogłowie ryb maleje w ogromnym tempie.Ale dość o gospodarce i
ekologii,zajmijmy się zasadniczym tematem naszego testu.
 
  Na ten to właśnie "ginący"powolną śmiercią zbiornik zaporowy
  wybrałem się w poszukiwaniu nielicznych sandaczy i okoni,które co
  prawda jeszcze występują dość licznie,lecz trudno o egzemplarze
  okazowe.Na wodzie byłem o godź. 4.30.Byłem sam,bo moi towarzysze
  wypraw wędkarskich w ostatniej chwili zrezygnowali.Rozpocząłem od
  okoni i bocznego troka.Krótki,łódkowy kij-wklejka-o cw. do 17 g
  (dlatego tak dużo,bo czasami zdarzały się przyłowy
  sandacza,szczupaka,a raz nawet bolenia,których hol na delikatniejszym
  sprzęcie trwał strasznie długo i nie zawsze kończył się
  powodzeniem),pałeczka tyrolska 10 g i 4-ro centymetrowy twister w
  kolorze herbaty z czarnym pieprzem.Twister uzbroiłem
  długim,streamerowym hakiem o 2 numery większym,niż wynikałoby to z
  wielkości gumy.Zrobiłem to celowo,żeby bez skracania korpusu gumy,na
  trzonku haczyka umieścić najmniejszy,czarny apetyzer i nasączyć go
  atraktorem Okoń Dragona.Odpłynąłem na znaną mi i lubianą
  miejscówkę,gdzie na głębokości 6 m był dołek,otoczony 5 m
  blatami.W tym miejscu zawsze były okonie i zawsze dobrze reagowały na
  powolne wleczenie zestawu po dnie,kiedy ciężarek wzbudzał obłoczki
  mułu.Nie tym razem.Ani ta,ani inna metoda prowadzenia przynęty ni
  przyniosła żadnych efektów.Po około pół godzinie postanowiłem
  zmienić miejscówkę.Jednakże grzebiąc w wędkarskiej torbie
  znalazłem pojemnik z atraktorem o zapachu ochotki,który się widocznie
  zawieruszył od czasu połowów pod lodem.Pomyślałem,że nie zaszkodzi
  spróbować.Nalałem,a właściwie dolałem do apetyzera znaleziony
  atraktor,który na mój,ludzki,nos miał trochę dziwny zapach.Nie
  wiem,jaka mieszanina zapachów powstała,lecz sytuacja zmieniła się
  diametralnie.Okonie brały prawie w każdym rzucie.Nie były to jakieś
  okazy,ale zabawa była fajna.Złowiłem kilkanaście sztuk,w tym
  największe miały po ok 25-27 cm.Nie mierzyłem,bo i tak wszystkie
  wróciły do wody.O godź. 6-tej brania ustały zupełnie a ja
  popłynąłem w poszukiwaniu sandaczy pod wyspę.

   Wyspa ta,będąca rezerwatem przyrody ze względu na gniazdujące
   rzadkie gatunki ptaków,nosi nazwę (ja przynajmniej nie wiem dlaczego)
   Małpiej Wyspy.Dno z dwóch stron wyspy,wschodniej i południowej,jest
   piaszczysto-muliste,porośnięte roślinnością zanurzoną,schodzi
   łagodnie do głębokości kilku metrów.Natomiast pozostałe 2 brzegi
   są skaliste i co jest z tym związane,ukształtowanie dna
   charakteryzuje się ostrymi spadami do głębokości nawet 12 m i
   kamienistym podłożem,co niestety jest już rzadkością w tym
   zamulonym zbiorniku.
 Następne 8 godzin wędkowania zupełnie bez historii.Można je określić
 dwoma słowami-totalna klapa.Przetestowałem chyba 10 kogutów,około 20
 różnej wielkości i koloru gum.Łowiłem bez apetyzera i z jego
 użyciem.Stosowałem oryginalne,firmowe atraktory i mieszałem je w
 różnych zestawieniach.Urwałem kilkanaście zaklinowanych pomiędzy
 skałami przynęt i nie miałem ani jednego sandaczowego
 pstryknięcia.Jedynym przerywnikiem w tej monotonii była potworna
 burza,która rozpętała się nad  jeziorem.Takiego piekła nie
 przeżyłem jeszcze nigdy w łodzi na środku jeziora,a dlatego na
 środku,bo nie zdążyłem uciec do brzegu.Przemokłem do suchej nitki ja
 i wszystko inne z wyjątkiem dokumentów zapakowanych w dwa szczelne
 woreczki strunowe.Ale jak to często bywa,po burzy wyszło słońce i
 mogłem wędkować dalej,tym bardziej,że zrobiło sie bardzo ciepło i
 ubranie na mnie zaczęło powoli wysychać.

  Wreszcie,po tych kilku godzinach bezowocnego biczowania wody,miałem
  dość.Byłem znudzony,zmęczony,a najbardziej bolał mnie prawy
  nadgarstek.Złożyłem sprzęt i zacząłem płynąć w stronę
  przystani.I jak to często bywa potwierdziła się teza,że naszym
  wędkarskim losem rządzi przypadek.Przepływając koło wyspy w miejscu
  gdzie było ok.3 m głębokości i roślinność na dnie, zauważyłem
  duży wir na wodzie i uciekające ukleje.Zmontowałem zestaw castingowy
  (mam go ostatnio zawsze ze sobą,bo się od niedawna przekonałem do tej
  metody i się jej uczę),kij Dragon Millenium do 60 g, multik również
  tej samej firmy i 10 cm,tonący Slider Salmo. Na ogonową kotwicę
  założyłem czarny apetyzer nr 4 i napełniłem go mieszanką
  atraktorów,w której było wszystkiego po trochę,z wyjątkiem typowego
  zapachu,polecanego przez producentów na szczupaki. Pierwszy rzut nie
  wyszedł mi zupełnie,Nie dość że Slider poleciał zaledwie kilka
  metrów,to jeszcze zrobiła mi się broda ,której rozplątanie zajęło
  mi dłuższą chwilę. Drugi był trochę lepszy,a trzeci i kolejne
  całkiem przyzwoite.Po rzucie pozwalałem przynęcie zatonąć,nie wiem
  dokładnie na jaką głębokość (bo jak wspomniałem w castingu jestem
  nowicjuszem), w każdym razie kilkakrotnie wyciągałem jerka z resztkami
  roślin na kotwicach.Slidera starałem się prowadzić
  długimi,łagodnymi pociągnięciami,tylko od czasu do czasu krótko i
  dość mocno podszarpując.Po którymś właśnie z takich
  szarpnięć,kiedy Slider przez kilka chwil opadał,podciągnąłem i
  "poczułem" pustkę,jakbym w ogóle nie miał przynęty.Odruchowo
  zaciąłem i po kilku odjazdach miałem przy burcie łódki
  szczupaka,którego wielkość oceniłem na ok.70-75 cm.Mówię
  oceniłem,bo tym razem na ocenie "na oko" skończyło się moje
  wędkarskie szczęście.W ostatniej fazie holu,kiedy już miałem
  wpakować kaczodziobego do podbieraka,ten otwartym pyskiem powiedział
  nie,Slider wyleciał w powietrze a szczupak zniknął w "otchłaniach"
  wody.Podejrzewam,że zapłaciłem frycowe za brak doświadczenia przy
  łowieniu metodą polegającą na tak specyficznym sposobie prowadzenia
  przynęty i jej wielkości i wagi.

   Z tej mojej całodniowej przygody nasuwa się jeden zasadniczy
   wniosek-stosujmy atraktory,lecz nie trzymajmy się ściśle wyrobów
   firmowych,lecz próbujmy stworzyć jakąś własną kompozycję
   zapachów.Ja,co prawda,mieszałem atraktory Dragona,lecz pole manewru
   jest ogromne i każdy może dostosować próby do swoich
   preferencji,Pamiętajmy,że nie wszystko,co podoba się rybom,musi
   podobać się ludziom i na odwrót.
Relacja nr 4
  Będzie to ostatnia relacja z połowów "testowych",ponieważ obowiązki
  domowe i zawodowe nie pozwalają mi na częstsze pobyty nad wodą.
W niedzielne popołudnie 30 czerwca z Kolegą Henrykiem,właścicielem
pięknej,dużej łodzi wędkarskiej,wyruszyliśmy na sandacze,na
kolejny,największy pod względem pojemności i wysokości piętrzenia wody
zbiornik w Małopolsce i 2-gi lub 3-ci w kraju.Jest to zbiornik młody
powstały w roku 1997,po przegrodzenia zaporą Dunajca w miejscowościach
Czorsztyn-Niedzica.Naszym zdaniem,również najbardziej rybny w regionie,a
pod względem widokowo-krajobrazowym,stojącym na równi z jeziorem
Klimkowskim.Bezpośrednio po zalaniu zbiornika nastąpiła gwałtowna
ekspansja okonia i szczupaka,gdzie złowienie garbusa w przedziale 40-50 cm
i metrowego szczupaka nie należało do rzadkości.Obecnie sytuacja
wróciła do "normy" tzn zdarzają się okazy ww.gatunków,ale nie ma już
ich tak wiele,natomiast jest w miarę dobre pogłowie sandacza,zarówno z
zarybień,jak i tarła naturalnego. 
        
       Jak już napisałem na wstępie wyjechaliśmy z Nowego Sącza
       późno-celowo,bo planowaliśmy łowienie wieczorne i nocne,nawet do
       północy.Niewiele brakowało.żeby nasze plany wzięły w łeb,bo w
       chwilę po wypłynięciu zerwał się tak silny wiatr,że utrzymanie
       w jednym miejscu łodzi,nawet na dwóch kotwicach,było niemożliwe
       i łódź cały czas dryfowała,co bardzo utrudniało łowienie.Do
       tego doszły wysokie fale z białymi grzywami,które do tego stopnia
       huśtały łódką,że nie było możliwości utrzymania pionowej
       pozycji.Wyglądało na to,że jeszcze dobrze nie zaczęliśmy a już
       trzeba będzie skończyć.Na szczęście po półgodzinnej
       wichurze,wiatr co prawda nie ustał całkowicie,ale osłabł na
       tyle,że dało się powoli przemieszczać.Podjęliśmy
       jedyna,słuszną decyzję.Z dużymi kłopotami podpłynęliśmy na
       zawietrzną stronę sztucznie usypanej,kamiennej wyspy,nazywanej
       Ptasią.Znależliśmy tam niewielki klin zupełnie spokojnej
       wody,gdzie nie docierały prawie,żadne podmuchy wiatru i
       zakotwiczyliśmy łódź.Wreszcie dało się normalnie prowadzić
       przynęty,choć wcale nie liczyliśmy na sukces,bo niby dlaczego
       sandacze miały być i brać w tym jednym miejscu,gdzie nam było
       wygodnie wędkować.Nawet ukształtowanie dna było
       nieszczególne,bo nie było wyborem,tylko koniecznością.

     Przez pierwszą godzinę łowiliśmy na 3 i 4-ro calowe gumy w
     różnych kolorach na główkach od 15 do 25 g.Oczywiście,nauczeni
     wcześniejszymi doświadczeniami,od razu na trzonkach haków
     umieściliśmy apetyzery nasączone zapachem Sandacz Dragona.Przez
     całą tą godzinę,przy różnych sposobach prezentacji przynęt,zero
     kontaktu z rybą.Zmieniliśmy kije na sztywniejsze ,plecionki na
     cieńsze, założyliśmy koguty,oczywiście z apetyzerem na agrafce
     ,zapach jak wyżej.Na początek wybraliśmy spokojne,stonowane kolory
     kogutów z przewagą brązu,popielu i zieleni.Bez rezultatów.Potem ja
     zastosowałem białego,a Kolega czarnego kuraka i dalej nic.W końcu
     na agrafkach zawisły przynęty w kolorach raczej nie spotykanych w
     naszych wodach.Kolega założył koguta w kolorze "wściekłej
     pomarańczy",ja zaś o ostrej,seledynowej barwie.Oczywiście w dalszym
     ciągu uzupełnialiśmy nasze apetyzery atraktorem.Jak się póżniej
     okazało wybranie ostrych barw było strzałem w dziesiątkę.
     Łowiliśmy metodą agresywnego,wysokiego opadu. Brania następowaly
     co kilka,kilkanaście rzutów,z tym,że dużo zacięć było
     pustych,zwłaszcza wtedy,gdy po kilku kolejnych rzutach nie została
     uzupełniona zawartość apetyzera.Sandacze,które trafiały do łodzi
     były różnej wielkości,od trzydziestukilku centymetrowych
     sandaczyków,do dość już grubych 60-tek.Większy się nam nie
     trafił,ale i tak,przy tej ilości brań zabawa była wspaniała. W
     krótkim czasie mieliśmy po komplecie,czyli po 2 sandacze i
     przestawiliśmy sie na mniejsze przynęty w poszukiwaniu grubych
     okoni.Te jednak nie chciały współpracować,tylko Koledze udało
     się złowić jednego godnego uwagi 35-cio centymetrowego garbusa.
      
         Wiatr,który cały czas lekko dawał się we znaki,przygnał od
         strony Tatr,ciężkie,ciemne chmury i zanosiło się na straszną
         ulewę.Nie chcąc zostać przemoczonymi do suchej nitki,szybko
         spłynęliśmy do brzegu. Załadowaliśmy łódź na
         przyczepę,poskładaliśmy do auta resztę ekwipunku.W warunkach
         już kiepskiego oświetlenia sfotografowaliśmy złowione ryby.(w
         załączeniu-okoń ma 35 cm,więc długość sandaczy jest łatwa
         do obliczenia).W momencie,kiedy Kolega odpalił silnik i
         ruszyliśmy w drogę powrotną do domu,zaczął padać deszcz.
Tak skończył się bardzo udany połów sandaczy na zbiorniku zaporowym
pod Tatrami.

Pozdrawiam Mariusz Łaszczewski.


 

Statystyka

Odsłon : 178856