FAIL (the browser should render some flash content, not this).
Start Dozownik atraktorów

 

Wędkarstwo spinningowe podobnie jak pozostałe dziedziny tego sportu rozwija się w bardzo szybkim tempie. Producenci sprzętu na każdym kroku zaskakują nas nowinkami i wręcz kosmiczną terminologią. Super nowoczesne materiały to w dzisiejszych czasach niemalże standard. Lekkie i wytrzymałe stopy używane do budowy kołowrotków nikogo dzisiaj nie dziwią. Nie inaczej jest z blankami wędzisk, które obecnie tworzy się z najlepszych materiałów, zarówno w przypadku włókien węglowych jak i szklanych. Nie inaczej jest w przypadku całej masy różnych akcesoriów, jakże niezbędnych w tej metodzie. Nowoczesne żyłki i plecionki w niczym nie przypominają starszych wyrobów tak dobrze znanych zwłaszcza nieco starszej części wędkarskiej braci. Odporne na czynniki środowiskowe, praktycznie niewidoczne i niesamowicie mocne stanowią obecnie standard, którym kierują się niemalże wszyscy producenci. Wiadomo efekt końcowy bywa różny…ale wchodząc do sklepu czy też wertując katalogi producentów każdy wędkarz ma ogromny wybór dzięki czemu z pewnością znajdzie coś odpowiedniego, coś co w 100% spełni jego oczekiwania. Nie inaczej jest w przypadku najważniejszej części spinningowego zestawu czyli przynęt sztucznych. Doskonale naśladujące naturalny pokarm drapieżników woblery, coraz częściej wyposażone w grzechotki, czy też przynęty miękkie imitujące niemalże każdy żywy organizm to dzisiejszy standard. Gumowe żabki, raczki, dżdżownice, larwy owadów, krewetki, kijanki a nawet silikonowa ikra nikogo już dzisiaj nie dziwią. Biorąc do ręki jeden z wyżej wymienionych produktów często zastanawiam się czy aby na pewno wymyślny kształt, ostry kolor i nietypowa praca stanowi o skuteczności, czy może po prostu ma przykuwać wzrok kupującego…zawsze w takich momentach przypominają mi się proste, ale zarazem skuteczne przynęty z mojego pudełka…wahadłówki i obrotówki – znane jeszcze naszym ojcom i dziadkom, klasyczne twistery, kopyta i rippery czy też standardowe modele woblerów.

Osobiście jestem miłośnikiem nowoczesnych rozwiązań i technologii i to nie tylko w wędkarstwie. Mimo to jednak rozwiązania klasyczne i proste, a co najważniejsze skuteczne i sprawdzone są wg mnie często najlepszym wyborem. Przykładów, kiedy to zwykła srebrna ,,Alga” czy ,,Gnom”, lub kopytko ,,Relaxa” okazało się mega killerem mógłbym przytaczać godzinami. W ciągu roku spędzam naprawde dużo czasu nad wodą i wiem z doświadczenia że nie jedna poczciwa blacha czy guma nie raz uratowała mnie od zerowego wyniku.

Jakiś czas temu przeglądając jeden z moich ulubionych portali wędkarskich natrafiłem na bardzo ciekawą prezentację nowego produktu. Mam tutaj na myśli tytułowy Apetyzer. Ów produkt przykuł moją uwagę swoją prostotą i nieskomplikowaną zasadą działania, oraz faktem, że ostatnimi czasy w ,,spinningowym światku”  coraz cześciej mówi się o skuteczności różnego rodzaju atraktorów zapachowych. Dla wielu, zwłaszcza początkujących wędkarzy temat ten jest zupełnie nowy, ale w rzeczywistości kilku producentów podejmowało już próby z tego typu rozwiązaniami. Wystarczy przybliżyć ofertę firmy Berkley z końca lat dziewięćdziesiątych, w której zanlazły się między innymi gumowe imitację różnych organizmów nasączone specjalną substancją zapachową, lub posiadające specjalne otwory do nasączania atraktorami. Pomimo to temat ten w dalszym ciągu budzi wiele kontrowersji, a fakt, że większość producentów posiada w swojej ofercie różnego rodzaju dipy czy też dozowniki z substancjami podzielonymi na konkretne gatunki ryb drapieżnych nie ma żadnego znaczenia.  Z pewnością główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest samo utrzymanie atraktora przez dłuższy czas na przynęcie. Testowane do tej pory przeze mnie produkty na tym polu wypadają raczej słabo, dlatego też bardzo szybko z nich zrezygnowałem.

Szczęśliwy traf chciał że zostałem wyłoniony na testera przez firmę produkującą Apetyzer , dzięki czemu miałem okazję przekonać się na własnej skórze czy ten nowy, a zarazem prosty wynalazek sprawdzi się na moich przełowionych i często bardzo chimerycznych łowiskach, oraz czy rzeczywiście dzięki niemu uda się ,,przytrzymać” zapach atraktora przez dłuższy czas. Czy owa nowinka podołała zadaniu? O tym za chwilę…

 

Wrażenia ogólne

Apetyzer to swojego rodzaju ,,nośnik” spinningowych atraktorów zapachowych. Jego budowa jest naprawdę bardzo prosta. Składa się z tulejki z tworzywa sztucznego, obu stronnie delikatnie zawiniętej, oraz drobnej gąbki w środku. Zasada działania jest nie bardziej skomplikowana od samej konstrukcji, za co już na wstępie daję dużego plusa. Najprościej rzecz ujmując zamontowany odpowiednio apetyzer (o tym za chwilę) nasączamy atraktorem zapachowym, a w zasadzie samą gąbeczke wewnątrz, dzieki czemu przez dłuższy czas uatrakcyjnia naszą przynętę.

Produkt dostępny jest w pięciu rozmiarach, oraz w trzech kolorach: czarnym, żółtym i czerwonym. Same rozmiary są tak dobrane że z pewnością znajdą zastosowania we wszytkich metodach spinningowych i dopasujemy je niemalże do każdej przynęty. Kolory również są tutaj istotnym elementem ponieważ uatrakcyjniają dodatkowo naszą przynęte wizualnie. Apetyzery otrzymujemy w torebeczce z zamknięciem strunowym, oraz karteczką na której znajdziemy instrukcję przybliżającą jeden ze sposobów montażu. Skromnie, prosto i czytelnie czyli tak jak być powinno. Warto również zwrócić uwagę na prosty patent znacznie ułatwiający montaż czyli cienki papierek wewnątrz gąbki. Rzecz naprawdę tak prosta że bardziej się już nie da a możecie mi wierzyć że znacznie przyśpiesza umieszczenia apetyzerka na kotwicy, haku czy przyponie.

Sam montaż jest prosty, a zarazem daję nam kilka możliwości, dzięki czemu jest w stanie obsłużyć większość przynęt spinningowych.

Pierwszy sposób polega na umieszczeniu naszego nośnika na kotwiczce lub haku. Dedykowany jest głównie pod woblery, oraz blaszki wahadłowe i obrotowe. Co ciekawe w przypadku woblerów nie zakłuca on  ich pracy pod warunkiem że dobierzemy rozmiar a sama przynęta jest raczej średniej wielkości, aczkolwiek testowałem go również przy małych woblerkach (2,5 do 4cm) w rozmiarze 0 i również nie zauważyłem jakiej kolwiek zmiany. Co ciekawe jak już wczesniej wspomniałem uatrakcyjnia on wizualnie naszą przynęte.

 

Drugi sposób to montaż apetyzera na haku od główki jigowej wychodzącym z miękkiej przynęty. Nie zakłuca on pracy przynęty i dodatkowo ją uatrakcyjnia wizualnie. Kłopotliwe jest jedynie zmienianie samej przynęty w przypadku kiedy np. polujemy na sandacze, lub okonie. Jak ogólnie wiadomo często kiedy już wyczujemy odpowiedni sposób prowadzenia co wiąże się z dobraniem odpowiedniej masy główki jigowej zaczyna się zabawa ,,w kolory”. W tym wypadku znacznie lepiej sprawdza się sposób trzeci.

W trzecim i wg mnie najlepszym sposobem jeśli chodzi o miękkie przynęty jest montaż na przyponie lub lince tuż nad agrafką. Tak zamontowany apetyzer może swobodnie przemieszczać się po lince lub też możemy go zablokować delikatnie naciągając na agrafkę. Rozwiązanie wg mnie kapitalne z prostej przyczyny: po pierwsze ułatwia nam to wymianę przynęty, po drugie daje nam wspaniałą możliwość jej poprowadzenia. Kiedy łowisko jest płytkie i stosujemy małe przynęty np. w poszukiwaniu okoni apetyzer dodatkowo spowalnia jej opad. Daję nam to ogrom możliwości prezentacji przynęty. Powolne prowadzenie z lekkiem podbijaniem nie stanowi w tym przypadku żadnego problemu, a poza tym znacząco ułatwia odnalezienie drapieżnikowi źródła zapachu. Oczywiście wolny opad nie zawsze jest skuteczny, czasem musimy poprowadzić naszą przynętę w agresywny sposób. W takim przypadku wystarczy zastosowac mniejszy apetyzer lub po prostu cięższą główkę.

Osobiście w przypadku przynęt silikonowych nie stosuję dozbrojek w postaci dodatkowej kotwiczki ale sądze że zamontowanie na niej apetyzera również sprawdzi się doskonale!

Polecam koniecznie odwiedzić stronę producenta, ponieważ przygotował on doskonały filmik instruktażowy w którym można się dokładnie dowiedzieć w jaki sposób prawidłowo zamontować apetyzer. Jak już wcześniej wspomniałem sprawa jest naprawdę prosta, ale mimo to warto zajrzeć na stronkę, która jest przygotowana w taki sposób że bez trudu zjadziecie na niej wszystkie potrzebne informacje.

Reasumując apetyzer sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Co prawda ciężko powiedzieć coś więcej o tak prostym rozwiązaniu, ale osobiście uważam że właśnie w prostocie tkwi siła! Czym że jednak byłby rzetelny test bez sprawdzenia na wędkarskim poligonie? Pora zatem na testy nad wodą….

 

,, Garbusy bez pasków…”

Pierwsze testy postanowiłem rozpocząć na jednym z moich ulubionych wiosennych i jesiennych łowisk. Mały zbiornik, niezbyt głęboki, w lecie mocno zarośniety, jednocześnie będący ostoją wspaniałych okoni, oraz szczupaków. O ile tych pierwszych jest sporo, to z zębatymi sprawa wygląda nieco bardziej skomplikowanie… Brak poszanowania przepisów, oraz totalny zanik Poczucia etyki wędkarskiej lub jak kto woli rozwój głupoty sprawił, że o dużego szczupaka na moich łowiskach nie łatwo…Szczerze powiedziawszy od kilku lat praktycznie nie nastawiam się na tego pięknego drapieżnika, ponieważ nie mam serca kłuć tych małych, których na szczęście jest jeszcze sporo…. W związku z powyższym moim majowym celem nr 1 jest okoń i dlatego też pierwsze testy postanowiłem rozpocząć właśnie od tej pięknej i walecznej rybki.

Mój wiosenny zestaw okoniowi składa się z jednolitego wędziska 2,4m o ciężarze wyrzutowym do 10g, lekkiego kołowrotka w rozmiarze 2000, oraz średnio sztywnej żyłki w przekroju 0,12 – 0,14mm. Z reguły stosuję najcieńsze przypony w celu zmniejszenia ryzyko obcinek przez szczupaczą młodzież.

Do pierwszego testu wybrałem apetyzer w rozmiarze 0, który idealnie pasuje do typowych przynęt okoniowych czyli różnego rodzaju paprochów. Osobiście stosuję głównie gumy w długości od 3,5 do 5cm, oraz woblerki do 3cm. Apetyzer zamonotowałem na przyponie, ponieważ uważam ten sposób na najwygodniejszy. Zestaw uzupełniłem traktorem Trapera o zapachu dedykowanym pod okonia i sandacza. Owo mazidło pachnie wybornie aczkolwiek nie dla mnie (wąchając je pierwszy raz miałem nadzieję że rybki będą innego zdania). Sposobała mi się nieco gęsta konsystencja przez co aplikacja atraktora na gąbeczce nie przysporzyła mi żadnego problemu.

Kiedy znalazłaem się wreszcie na łowisku postanowiłem rozpocząć łowienie bez apetyzera. Szybki rekonesans, sprawdzenie najsłowniejszych kolorków i wzorów i totalna porażka. Żadnego kontaku z rybą. Pogoda piękna, ciepły majowy wietrzyk, lekka falka – wymarzone warunki. Niestety okonie raczej nie podzielały mojego entuzjazmu dlatego też zacząłem wątpić w sens testowania apetyzera, będąc święcie przekonanym że na takim bezrybiu i on nie zdziała cudów. Mimo wszystko spróbowałem i po chwili paproszek udekorowany czerwonym smrodzidełkiem ląduje w wodzie. Pierwsze kilka rzutów i nadal cisza. Nagle, lekkie przytrzymanie i na brzegu ląduje szczupaczek…przypadek myślę sobie i zwracam maluchowi wolność. Przez następną godzinę nie dzieje się nic, aż do zachodu słońca…Zdejmuję na chwilę testowany produkt, żeby sprawdzić czy być może to on jest winowajca ale przez następne pół godziny nadal martwa cisza. Zrezygnowany postanawiam założyć go jeszcze raz, oraz dodaję nieco więcej atraktora. Zmieniam też nieco sposób prowadzenia na bardziej delikatny i finezyjny. Staram się lekko muskać dno, bez większych i gwałtownych ruchów, tak aby zostawić jak najwięcej zapachu w wodzie. Na pierwsze branie nie czeka długo bo raptem w drugim rzucie mam pięne uderzenie. Niestety mimo szybkiej reakcji ryby nie udaje się zaciąć. Jest już prawie ciemno. Łowienie staje się naprawdę trudne z racji nie widocznej na wodzie roślinności. Nagle po kilku minutach mam kolejne niemal identyczne branie, ale i w tym wypadku zacięcie kończy się pudłem. Szybka zmiana haka na nieco dłuższy i ,,pachnący”, biały twisterek ląduje w wodzie…po kilku zaledwie obrotach korbki sytuacja się powtarza i mam kolejne piękne tąpnięcie, ale tym razem ryba się zapina. Ku mojemu zdziwieniu hamulec kołowrotka odpowiada na zacięcie piękną melodią, a mój ultralight pokazuje jak  dokładnie wygląda pełna parabola ugięcia. Rozpoczyna się spokojny i trudny hol. Wiem już że na drugim końcu wędki mam naprawdę godnego przeciwnika. Delikatnie pompuje rybę i pozwalam jej na nieco dłuższe odjazdy, ale nadal nie mam pojęcia z czym tak naprawdę mam do czynienia…Po kilku minutach mam ją pod brzegiem. Ku mojemu zaskoczeniu moim życiowym okoniem okazuje się ponad czterdziestocentymetrowy…LIN! Oczywiście prawidłowo zacięty…Pewny chwyt dłonią i mam czerwonookiego na brzegu. Szybka sesja foto i ryba wraca do wody.

Jestem w szoku…dojście do siebie zajmuję mi chwilę, po czym kontynuuje łowienie cały czas myśląc o tym co się przed chwilą wydarzyło. Przez kilka następnych rzutów całą winą za to zdarzenie obarczam przypadek, aż do momentu kiedy to kolejne niemal identyczne branie kwituje zacięciem. Bardzo szybko dochodzi do mnie że biorę udział w ,,powtórce z rozrywki” ryba walczy identycznie, robiąc krótkie odjazdy i mocno trzymając się dna. Po dłuższej chwili, totalnie zaskoczony ląduje kolejnego lina, również poprawnie zapiętego…Emocji jak na ten wypad mam aż nadto dlatego po szybkiej sesji zdjęciowej wypuszczam zdobycz i zwijam sprzęt. Całą drogę powrotną analizuje dzisiejsze wyniki i nie znajduje żadnego wytłumaczenia. Jedyne co nie daje mi spokoju to fakt, czy rzeczywiście apetyzer zadziałał? Wszystko wskazuje na to że tak, ale jak to możliwe? Nie wymyśliwszy żadnej satysfakcjonującej mnie odpowiedzi postanawiam odwiedzać to miejsce przez kilka następnych wypraw…

Łowisko odwiedziłem jeszcze parokrotnie, ale nie udało mi się złowić nic oprócz kilku małych okoni i szczupaczków, aczkolwiek podobnych mocnych brań miałem jeszcze kilka. Niestety ryby nie udało się zaciąć…mimo wszystko mocno podekscytowany nie mogłem się już doczekać kolejnych testów…

,, Pachnące pstrykanie”

Nadszedł wkońcu upragniony przeze mnie czerwiec…jeden z moich ulubiony miesięcy głównie z jednego powodu…oczywiście mam na myśli rozpoczęcie sezonu sandaczowego. Sandacz to mój prawdziwy konik, od samego początku mojej przygody ze spinningiem. Ryba niezwykle trudna do przechytrzenia, niesamowicie przebiegła i grymaśna a przy tym piękna i tajemnicza. ..

Niestety czerwiec w tym roku nie rozpieszczał nas wędkarzy i nie tylko pod względem pogody…pierwsze wyprawy sandaczowe kończyły się zaledwie po kilkudziesięciu rzutach i trzeba było szybko uciekać przed nadchodzącą burzą, bądź ulewnym deszczem. W przypadku łowisk wybór też był ograniczony zwłaszcza z racji podniesionej wody w rzekach, na których łowienie stało się wręcz niemożliwe lub jak kto woli sadomasochistyczne. Na zbiornikach zaporowych i jeziorach sprawa również nie przedstawiała się kolorowo. Otwarcie sezonu gruntowego sprawiło że znalezienie wolnej miejscówki graniczyło z cudem, a jeśli już to okazywala się ona kompletnie nie sandaczowa.

Nastał jednak dzień kiedy to udało mi się wreszcie wyskoczyć na pierwszą i dłuższą niż 20 minut wyprawę w poszukiwaniu mętnookich drapieżników. Wraz z moim towarzyszem większości wędkarskich wypraw udaliśmy się na dobrze nam znany zbiornik zaporowy. Ku naszemu zaskoczeniu jedna z najlepszych miejscówek była wolna dlatego też bardoz szybko przygotowaliśmy sprzęt i wzieliśmy się do pracy. Tym razem założyłem apetyzer w rozmiarze 1 od razu. Jako że nie byłem sam wpadłem na pomysł łowienia tymi samymi przynętami praktycznie w tym samym miejscu, oraz wykorzystując ten sam sposób prowadzenia. Mój kompan zgodził się bez wahania, dzięki czemu trafiła mi się wspaniała szansa na rzetelne i miarodajne testowanie, które w tym przypadku można raczej nazwać naukowym badaniem…Jako że sposób montowania apetyzera na lince się sprawdził doskonale postanowiłem wykorzystać go i w tym przypadku. Jedynie zrezygnowałem z przyponu, ponieważ osobiście unikam go łowiąc sandacze.

W miejscu w którym łowiliśmy występuje dosyć znaczny uciąg wody, ponieważ niedaleko znajduje się wpływ rzeki do zbiornika. Podniesiona i mocno zabrudzona woda nastrajała optymistycznie dlatego bardzo szybko rozpocząłem dobieranie odpowiedniego ciężaru główki. Po krótkiej chwili wraz z kolegą byliśmy gotowi do łowienia. Na obu końcach linek znalazła się ta sama guma – siedmiocentymetrowe kopytko z białym brzuchem i ciemnozielonym grzbietem, obciążone tymi samymi główkami. Pierwsze rzuty i mam pierwsze pstryknięcia! W trzecim rzucie na brzegu ląduje czterdziestocentymetrowy sandaczyk.

Brania mam praktycznie w co drugim przeciągnięciu przynęty, u kolegi pstryknięcia są znacznie rzadsze. Nagle w drugim opadzie mam potężne kopnięcie połączone z odjazdem w bok, które szybko kwituje zacięciem. Dość wyraźny pulsujący ciężar na drugim końcu zestawu informuje mnie że mam ładnego sandacza. Ryba wykorzystuje prąd wody robiąc krótkie odjazdy, jednocześnie cały czas trzyma się dna. Po chwili mam ją przy brzegu. Ku naszemu zaskoczeniu dorodny sandacz okazuje się pięknym ponad pięćdziesięciocentymetrowym leszczem, a w dodatku prawidłowo zaciętym! Niestety leszcz okazał się bardzo nieśmiałym osobnikiem i nie chciał zapozować do zdjęcia, ponieważ wypiął się tuż przy samym brzegu. Po dłuższej konsternacji i naprawdę sporym zaskoczeniu łowię dalej. Brania nieco rzadsze, ale u znajomego znacznie gorzej. Dodaję nieco atraktora i zmieniamy gumy na stardowe seledyny z czarnym grzbietem i czerwoną łopatką ogonka. Na piękne kopnięcie nie czekam długo, bo już w trzecim rzucie od zmiany przynęty mam na kiju ładną rybę. Hol bardzo podobny do tego leszczowego, ale w przerwach między krótkimi odjazdami, moja zdobycz jest jakby nieco bezwładna. Pod brzegiem drapieżnik ożywa i zaczyna kołować cały czas trzymając się dna. Już wiem że to ładny sandacz, który wreszcie pojawia się na powierzchni. Jest naprawdę piękny i ma ok. sześćdziesiąt pięć – siedemdziesiąt centymetrów i dobre ponad dwa i pół kilo. Na moje nieszczęście mętnokooki również okazuje się nieśmiały i po krótkiej serii młynków na powierzchni majestatycznie odpływa do swojego królestwa…Gorycz porażki jest dotkliwa, na pewno każdy z Was zna to uczucie…jestem zrezygnowany, ale szybko podejmuję decyzję o przejściu na większe przynęty, dlatego też dwa dziewięciocentymetrowe kopyta na piętnastogramowych główkach szybko wędrują do wody. Widać od razu że nieco większy rozmiar zniechęcił maluchy do skubania i praktycznie przez pół godziny nie mamy żadnego brania. Nadchodząca z zachodu burza nie dziwi nas zbytnio, wszak stanowi niemalże stały już element tegorocznych wypraw. Nerwową obserwację rozdzierających niebo piorunów przerywa mocny i elektryzujący pstryk na mojej wędce. Na szczęście to tylko branie. Krótki, aczkolwiek emocjonujący hol tym razem kończy się sukcesem i po chwili mam na brzegu wymiarowego sandaczyka. Ryba nie jest duża, ma tylko dwa centymetry ponad wymiar, ale cieszy ogromnie. Szybka sesja zdjęciowa i sandacz wraca w świetnej kondycji do wody.

Próbujemy dalej, ale potężny błysk połączony z głośnym grzmotem tuż nad naszymi głowami, bardzo szybko skłania nas do opuszczenia łowiska. Całą drogę powrotną wymieniamy spostrzeżenia i obaj dochodzimy do tego samego wniosku…Apetyzer rzeczywiście działa i to z ogromną skutecznością. Te same przynęty, obciążenie, łowisko i sposób prowadzenia jednoznacznie pokazują jego przewagę. Prostota budowy, zero komplikacji zarówno w samym montażu, oraz w zmianie przynęt to jest to co lubię najbardziej. Dozowanie samego atraktora również jest bajecznie proste, a co ważniejsze zabójczo skuteczne. Mimo to jednak, jako że z natury jestem sceptykiem szybko sprowadzam się na ziemię i zaczynam planować kolejną wyprawę…

 

,,Garbusy – tym razem te prawdziwe’’

Kolejną wyprawę kontynuującą testy apetyzera zaplanowałem bardzo skrupulatnie. Celem nr1 tym razem stanowiły duże okonie. Na łowisko wybrałem mały i płytki zbiornik, pełen dorodnych garbusów, ale mających swoje ,,humorki”. Stwierdziłem, ze będzie to doskonały poligon doświadczalny. Jak do tej pory wszystko szło świetnie, dlatego też pełen nadziei w pierwszej kolejności spakowałem zestaw apetyzerów, a dopiero potem resztę okoniowego majdanu. Na łowisko dotarłem dosyć późno, z racji że znajduje się ono ponad czterdzieści kilometrów od mojego miasta, ale miałem przed sobą kilka godzin łowienia. Pogoda tego dnia była wręcz tragiczna. Burzy co prawda nie było, ale padał rzęsisty deszcz, a dosyć silny wiatr dmuchał mi centralnie w twarz.

Jako że w tym łowisku jest sporo małego szczupaka, oraz sandacza, założyłem cieniutki przypon, a zaraz na nim, tuż przed agrafką apetyzer w rozmiarze 0. Na agrafce zawisł mój ulubiony killer na duże garbusy czyli pięciocentymetrowe kopytko Mikado Fishunter w kolorze herbata z pieprzem na dwugramowej główce. Jeszcze tylko nasączenie apetyzera traktorem i przynęta ląduje w wodzie. Dno w tym miejscu jest kamieniste, dlatego bez problemu wyczułem opad i rozpocząłem powolne zwijanie delikatnie podbijając gumę od czasu do czasu. Dosłownie po kilku obrotach korbki mam lekkie przytrzymanie, które kwituje zacięciem. Mój ultralight pięknie się wygina, a hamulec melodyjnie oddaje żyłkę. Chwilę później po pięknym holu mam na brzegu pięknego trzydziestopięciocentymetrowego garbusa! Szybka sesja foto i rybka wraca do wody.

Po kilkunastu rzutach bez efektu przesuwam się dalej. Drugi, może trzeci rzut i sytuacja się powtarza. Kolejny emocjonujący hol i podobny okoń ląduje na brzegu. Ewidętnie widać że zarówno zapach jak i kolor przynęty bardzo odpowiada pasiakom, ponieważ zarówno pierwszy jak i drugi zagryzł ją bardzo głęboko.

Kilka następnych rzutów i kolejny, ale tym razem nieco mniejszy okonek wypina się tuż przed samym podebraniem. Przez kolejną godzinę brań mam kilkanaście z czego większość pasiaków ląduje na brzegu. Nie są to duże sztuki w porównaniu z tymi największymi, ale cieszą ogromnie.

Pogoda robi się coraz bardziej nieprzyjemna i dokuczliwa, a dewiza mówiąca że nie ma złej aury, a tylko źle ubrani wędkarze bardzo szybko przekonuje mnie o jej słuszności…Mimo to nie poddaje się i rzucam dalej, ale tym razem z ciekawości zdejmuje apetyzer. Przez najbliższą godzinę nie mam nawet najmniejszego kontaktu z rybą, a zmiany przynęty nie wiele pomagają. Po krótkiej przerwie na gorącą herbatę, zakładam apetyzer ponownie i kontynuuje łowienie. Bardzo szybko przekonuje się że jego zdjęcie z przyponu było błędem. Brania mam niemalże w każdym rzucie, ale niestety rybki się nie wcinają. Widać że atakują przynęte bardziej instynktownie bądź też z ciekawości. Powoli zaczyna się ściemniać a brania stają się coraz rzadsze. Przed zakończeniem łowienia postanawiam spróbować jeszcze w jednym miejscu. Woda jest tutaj najgłębsza a dno bardzo urozmaicone, kamieniste stoki przechodzą w wąski, piaszczysty blat, który po kilkunastu metrach łagodnie przechodzi w piaszczyste wypłycenie. Pierwsze rzuty nie przynoszą żadnego efektu. Dodaję nieco atraktora i łowię dalej. Na pierwsze uderzenie nie czekam długo i po udanym zacięciu ląduje prawie wymiarowego sandaczyka. Zmieniam główkę na nieco cięższą i próbuje dalej. Kijek do 10g to nienajlepszy pomysł na sandacza, ale jako że poradził sobie już z niejednym grubym sandaczyskiem próbuje dalej. ,, Puk”, ,,puk” o dno i piękny pstryk skwitowany natychmiastowym zacięciem. Po szybkim holu, niewiele mniejszy mętnooki wraca do wody. Totalnie przemoczony, ale zadowolony kończę łowienie i udaję się do auta.

Kolejna udana wyprawa potwierdzająca skuteczność apetyzera, oraz przekonująca mnie do zasadności stosowania traktorów zapachowych w wędkarstwie spinningowym! Ten krótki wypad pokazał ewidentnie, że drapieżniki takie jak okoń czy sandacz podczas żerownia kierują się również zmysłem powonienia. Myśl ta z pewnością odkrywczą nie jest, o czym doskonale wiedzą wędkarze łowiący metodami stacjonarnymi na tzw. ,,trupka”. Dla nas spinningistów ta informacja jest również cenna, a co najważniejsze jest wreszcie na rynku produkt, który pozwala na wykorzystanie tej wiedzy!

 

Reasumując z pełną świadomością i całkowitym obiektywizmem połączonym z nieukrywanym zaskoczeniem wystawiam apetyzerowi dużą piątkę z jeszcze większym plusem. Muszę się przyznać, że do testów podchodziłem z dużym dystansem i sceptycyzmem. Nigdy nie byłem zwolennikiem stosowania różnej maści atraktorów, głównie przez trudności związane z ich odpowiednim dozowaniem i przede wszystkim utrzymaniem na przynęcie przez dłuższy czas.

Bardzo się ciesze że otrzymałem wspaniałą możliwość przetestowania apetyzera, ponieważ okazał się on czymś co znacznie zmieniło mój pogląd na wędkarstwo spinningowe. Ów wynalazek urzeka swoją prostotą i brakiem jakich kolwiek zbędnych komplikacji, przez co jego stosowanie nie sprawi trudności zarówno początkującym jak i tym bardziej doświadczonym wędkarzom. Przeprowadzone przeze mnie testy na różnych zbiornikach, na których nastawiałem się praktycznie na dwa gatunki ryb: sandacza i okonia przyniosły wiele ciekawych i interesujących spostrzeżeń, ale najważniejszy jest z pewnością fakt, iż apetyzer okazał się niesamowicie skuteczny. Ktoś może powiedzieć: a co z resztą naszych rodzimych drapieżników? Co ze szczupakiem i sumem? Jak już na wstępie zaznaczyłem, w przypadku moich łowisk o szczupaka jest naprawdę ciężko, a kłucie małych niewymiarków jak dla mnie pozbawione jest jakiegokolwiek sensu. Ponadto, mimo że drapieżnik ten bywa łowiony na martwą rybkę dla mnie pozostanie on raczej typowym wzrokowcem, ale i tutaj możemy wykorzystać drugą istotną cechę apetyzera. Chodzi o jego kształt, kolor i umiejscowienie. W przypadku np. woblerów kiedy to założymy po jednej czerwonej sztuce na każda kotwiczkę, będą one dodatkowo wabić rybę z dużej odległości, tak jak ma to miejsce np. w przypadku zabójczo skutecznych obrotówek z chwościkami. Jeśli chodzi o łowienie sumów, to przyznaję że nie darze tego drapieżnika zbytnią sympatią, z uwagi na fakt, że niewłaściwe zarybienia w mojej okolicy spowodowały jego nadmierną ekspansję, a co za tym idzie ogromne spustoszenia w bogatym dotychczas rybostanie. Jestem zwolennikiem raczej lekkiego i średnio-ciężkiego spinningu, dlatego też skupiam się głównie na okoniu, sandaczu, jaziu i czasem szczupaku. Jeśli chodzi o te pierwsze dwa gatunki testowany produkt sprawdza się więcej niż poprawnie. Wg mnie jest wręcz kapitalnym rozwiązaniem. Ogólnie rzecz biorąc ciężko jest pisać o kawałku tworzywa z gąbeczką w środku. Nie jest to ani kołowrotek, czy kij, znacznie bardziej skomplikowany i będący częstowany pod wieloma kątami, ze względu na sporą liczbę różnych parametrów, ale na tym właśnie polega jego fenomen i podstawowa zaleta – prostota, a kiedy dołożymy do niej atrakcyjną cenę otrzymujemy produkt wręcz idealny, a co najważniejsze skuteczny.

Podsumowując, pragnę jeszcze raz serdecznie podziękować producentowi za wspaniała możliwość przetestowania tego wspaniałego produktu, oraz zachęcić Was drodzy koledzy po kiju do wypróbowania tego nietuzinkowego wynalazku. Jestem pewien, że będziecie równie mile zaskoczeni jak ja…

 

Połamania!

Piotr Czerwiński

Powrót na stronę START <- kliknij tu

 

Statystyka

Odsłon : 176483