FAIL (the browser should render some flash content, not this).
Start Dlaczego "Apetyzer"? Część II

Dzień Konia
relacja z testów

Nadszedł oczekiwany dzień 22 maja. Od samego rana nie umiałem o niczym innym myśleć, jak tylko o swojej popołudniowej wyprawie na szczupaki. Przez cały dzień w pracy chodziłem zamyślony i małomówny. Często zerkałem w okno sprawdzając, czy aby pogoda nie szykuje jakichś niespodzianek. A kiedy udawało mi się wyjść na zewnątrz, stawałem na trawniku i zadzierając głowę do góry, wciągałem nozdrzami powietrze, doszukując się w jego smaku wieści z nad jeziora. Nie obawiałem się niepowodzenia, bo przecież byłem przygotowany. Wiedziałem też, że natura lubi robić psikusy. Podświadomie chyba nawet na to liczyłem. Bo nie było po mnie widać entuzjazmu. Od pewnego czasu, zaniechałem polowań na szczupaki w miesiącu maju. I gdyby nie zadanie, które miałem do wykonania, na pewno dziś zamiast spinningu, zabrałbym nad wodę matchówkę i spławik. Nieodparta ciekawość, jak wypadnie test i jak w praktyce sprawdzi się Apetyzer, przeważyła szalę na rzecz "majowego świętokradztwa".
Nad jeziorem znalazłem się tuż przed godziną osiemnastą. Słońce nad horyzontem stało jeszcze dość wysoko. Więc bez pośpiechu, rutynowo, najpierw rozłożyłem podbierak. Potem swoim zwyczajem, przykucnąłem na brzegu wkładając rękę do wody. Nie wiem skąd mi się to wzięło? Nie pamiętam nawet od jak dawna powtarzam ten powitalny rytuał? Wiem tylko jedno, bez tego misterium, nie umiem łowić!

Ale teraz już wiedziałem, że ryba kręci się w pobliżu i gdzie należy posłać pierwszy rzut. Lekko na prawo. Ale nie równolegle do brzegu. Błystka zacznie opadać kilkanaście metrów. Gdy osiągnie grunt, znajdzie się tuż u podnóża sporej podwodnej górki, której cała górna część oblepiona jest racicznicą. I zacznie się windowanie po zboczu aż na jej szczyt. Potem krótki i stromy zjazd (pełen zaczepów) w głęboki na jakieś sześć metrów dół z trzymetrowym spłyceniem (na długości kija) do jednego metra (aż pod same moje nogi).


(Przyznam, że trochę się wahałem przed umieszczeniem tego opisanego zdjęcia we wpisie. Ale co mi tam ! Niech pozostanie dla orientacji)

Na zdjęciu zaznaczyłem czarnymi liniami pole rzutów. Całe moje działanie ograniczyłem wyłącznie do tego pola. Pole zaznaczone czerwonymi kreskami, to pole nęcenia za pomocą Apetyzera. Czerwone strzałki pokazują kierunki znoszenie śladu zapachowego przez prądy. Jeśli jakiś szczupak znajduje się w tym wyznaczonym polu testu, to powinien już w pierwszych rzutach się ujawnić ! Natomiast, jeśli go tam jeszcze nie ma, zapach atraktora z Apetyzera powinien go sprowokować i sprowadzić w pole łowiska.

Mam nadzieję, że ten krótki opis strategii testu jest dostatecznie czytelny ? - Nie rozwijam szczegółów by niepotrzebnie nie rozwlekać tekstu (więcej o sekretach nęcenia za pomocą Apetyzera zamierzam dodać w trzeciej części testu).


Dlaczego taka właśnie strategia? Ponieważ celem testu, nie jest złowienie szczupaka! Szczupaka można złowić równie dobrze w każdy inny sposób. Można biegać cały dzień wokół jeziora i machać kijem, wykonując tysiące rzutów. Lub pływając łódką rzucać przynętą na lewo i prawo, aż się coś trafi. Celem testu jest wykazanie, czy rzeczywiście atraktor zapachowy podawany testowanym dozownikiem działa? Działa, albo nie działa? (TAK lub NIE) Jeśli więc, testowana metoda okaże się nieskuteczna, wyniki połowu w tym ograniczonym polu mogą przynieść od jednego do kilku sztuk szczupaków o podobnych rozmiarach. Natomiast, gdy metoda ta się sprawdzi, zgodnie jak obiecuje producent, który twierdzi że przy pomocy nęcenia Apetyzerem skuteczność wzrasta o 100 % - zabawa może okazać się bardzo ciekawa?

A więc do dzieła !
W tym momencie, z rozrzewnieniem wspominam swoje stare wędzisko - "szkocką Daiwę 3.65 m". Niestety, w ubiegłym sezonie, podczas przedzierania się przez krzaki, złamałem szczytówkę. I praktycznie zostałem bez odpowiedniego wędziska do połowu szczupaka na tym trudnym łowisku! Więc może być ciężko!
Po rozpoznaniu łowiska, biorąc pod uwagę porę dnia i stan pogody, mogłem już spokojnie wybrać przynęty do dzisiejszego polowania. Decyzja padła na 40 g klasyczne wahadło (blacha 10 cm, razem z kotwicą uzbrojoną w Apetyzera 13 cm) oraz ripper (12 cm). A także (rezerwowo) przygotowałem wahadło 30g oraz 20g. Jako Nr 1 potraktowana została blacha 40 g z powodu potrzeby dalekich rzutów. Była moją najcięższą przynętą jaką posiadałem. A trzeba mi miotać przynętą na ok 40 do 50 m. Ponieważ celem rzutów będą okolice linii wyznaczonej jako granica stref cieplejszej i zimniejszej wody. (patrz zdjęcie poglądowe). Odległość od brzegu do tej linii wynosi dobre 30m. W tym miejscu głębokość waha się od 12m do 15m. Więc aby przynęta podczas opadu osiągnęła dno w tej okolicy, trzeba rzucać znacznie dalej. (Dlaczego wybrałem właśnie to miejsce jako cel rzutów ? - O tym opowiem nieco później).

Tak , jak już zapowiedziałem wcześniej - rzuty będą wykonywane na przemian po trzy bez Apetyzera, a następnie trzy rzuty z użyciem atraktora.
Na wstęp wybrałem gumę. Trzy rzuty bez atraktora, bez kontaktu z rybą.

Zapiąłem Apetyzer .

Pierwszy rzut. - Nic ! Drugi rzut ....i coś jest ! ...Niestety zaczep ! Zerwałem gumę ! Trudno ....nawet żonatemu czasem się coś przydarzy ! Zapiąłem więc nową .


Zakropiłem atraktorem i do wody! W to samo miejsce gdzie wcześniej był zaczep. Po chwili wyciągam średniaczka

Teraz znowu kolej na trzy rzuty bez Apetyzera. Po oddaniu drugiego rzutu , zdecydowałem trzeci poprowadzić śladem wcześniejszego połowu średniaka. Jakieś resztki ścieżki zapachowej powinny jeszcze pozostać we wodzie. I to wcale nie był głupi pomysł! Bo za trzecim podbiciem branie!

Szczupaczek podobnych rozmiarów! (Cały czas operuję w strefie do 25 m. Rzucam w kierunku podwodnej górki i sprowadzam przynętę po zboczu do dołka).
Słońce nad horyzontem jeszcze dość wysoko. Zostawiam zabawę z gumkami i zapinam blachę z atraktorem. Rzut ..... i po chwili siedzi w podbieraku ładny szczupaczek!

Rzut drugi z Apetyzerem i mój kij holuje następnego...........

Następny rzut i znów branie ! Tym razem nieco większy!

Zamieniam blachy i następne trzy rzuty bez atraktora. Niestety bez brań. Cały czas obławiam północną stronę podwodnej górki łowiąc z Apetyzerem lekko na prawo a rzuty bez atraktora wykonuje, na wprost. ( patrz. Fot. poglądowa ) Dlaczego tak , a nie odwrotnie ? - Dlatego, że w tej strefie kierunek ruchu wody jest ze wschodu na zachód. A więc po lewej stronie woda nie powinna zawierać zapachu atraktora. A z kolei prąd niesie zapach na zachód i sprowadza szczupaki z dalszej odległości w moje łowisko, które podchodzą z prawej flanki.
Zapinam znów Apetyzer i za drugim podaniem winduję kolejnego rozbójnika.

Jak do tej pory, największy!

Postanawiam w tym momencie zrobić podobny eksperyment co uprzednio z gumą.
A więc posyłam blachę bez atraktora na prawo i ściągam po wcześniejszej ścieżce zapachowej. Efekt eksperymentu ląduje w podbieraku!

Zmieniam blachę na nieco lżejszą, lecz również bez atraktora i ponawiam to samo.

Nasuwa się wniosek, że podany do wody za pomocą Apetyzera atraktor działa bez względu na rodzaj przynęty i bez znaczenia czy na przynęcie jest zapięty Apetyzer czy też go nie ma. Wystarczy poprowadzić błystkę dokładnie drogą wcześniejszej ścieżki zapachowej. Powstaje równocześnie pytanie, czy mimo wszystko warto aby sama przynęta również posiadała zapach ? I w tym kierunku postanowiłem prowadzić doświadczenie w następnych rzutach. Zmieniłem znów blachę na tę najcięższą i zapiąłem Apetyzer. Posłałem przynętę na ponad 30 m lekko po za granicę, gdzie ścierają się przeciwne prądy i starałem się prowadzić w jak najwolniejszym opadzie. W momencie gdy blacha prawie już dotknęła dna, nastąpiło potężne targnięcie ! Stało się to na co liczyłem ! A liczyłem na to, że prędzej, czy później pozostawiony zapach w strefie ścierania się cieplejszej i zimniejszej wody zainteresuje i sprowadzi w łowisko większe drapieżniki. W tej strefie zapach rozchodzi się w dwóch kierunkach i sprowadza rybę z podwójnie większego obszaru. A jednocześnie atraktor utrzymuje się dłużej na granicy stref. Pobudzony drapieżnik czując zapach wypatruje ofiary, lecz jej nie widzi. Jest pobudzony i w momencie gdy pojawi się przynęta emitująca ów atrakcyjny zapach, nie pozostaje mu wiele do zastanawiania się!

Czy zgodzicie się, że ta ryba powyżej może mieć metr? Bo ja nie wiem? Z radości zapomniałem zmierzyć przed wypuszczeniem! ( Dodam, że nie jest łatwo zrobić sobie zdjęcie z takim szamoczącym się i śliskim ciężarem, tym bardziej gdy samowyzwalacz w aparacie czeka tylko 15 sekund ) Ale nie ważne! I tak cieszyłem się jak głupi mydełkiem! Bądź co bądź, byłem przekonany, że to mój pierwszy metrowiec w tym sezonie. Nawet jeśli do metra zabrakło mu trzech milimetrów? A może miał więcej niż metr? Spytam go przy następnym spotkaniu!

Ruszył się lekki wietrzyk i powiało od jeziora chłodem. Zerknąłem na niebo. Myślę sobie, czas zacząć obławiać południową stronę górki. Teraz wszystko już tylko jednym kijem będzie. No i machać trzeba dużo dalej ! Ale za nim to zrobiłem, oddałem jeszcze kilka rzutów we wcześniejsze miejsce.

Tym razem remis 1 : 1
Zaczęło się robić naprawdę chłodno. Gdy pilniczkiem poprawiałem ostrość grotów na kotwicy, czułem jak grabieją mi ręce. Tutaj trzeba to robić często. Tym bardziej teraz, gdy blacha jest w ciągłym kontakcie z podwodną górką, gęsto porośniętą racicznicą.

Nad głową z wielkim furkotem i krzykiem przewalił się klucz dzikich Gęsi Kanadyjskich, które właśnie zaczęły swe wieczorne przeloty.

W przyrodzie wszystko ma swoje miejsce i swój czas. Niepotrzebne są zegarki, telefony i inne pierdoły ! Tak samo jak tym ptakom GPS! I pomyśleć, że jeszcze tak niedawno, bo zaledwie jakieś 40 000 lat temu, człowiek posiadał podobne zdolności i potrafił z nich korzystać !
Krzyk dzikich gęsi to znak, że czas wytoczyć ciężką artylerię !

Wyjąłem z plecaka termos. Nie nie ! Nie będzie kawy ! Nie ma czasu na kawę ! Otworzyłem termos uważając by cały czas trzymać go od siebie z daleka. Ten smród o nazwie "The Urine of Satan" konia by przewrócił do góry kołami! Kroplomierzem odmierzyłem siedem kropli i kolejno po jednej zadawałem do mojego atraktora, wyszeptując do każdej kropelki, z wielkim namaszczeniem, magiczne zaklęcie: ....... S....y, g....y, c......g – m.....s ....S....y, g....y, c......g – Pike ! (Uwaga ! - W tym miejscu pozwalam się śmiać ! .......Byle nie ze mnie ! Bo przylecę na miotle i narobię bałaganu!)
Wymieniłem Apetyzer na nowy i zakropiłem wzmocnionym atraktorem. Jeszcze raz sprawdziłem na paznokciu ostrość haków i wyekspediowałem blachę na prawie 50 metrów. (Ale ten UglyStick ma kopa!) Celem było podnóże południowej strony podwodnej góry. Prowadząc blachę ciągle w kółko mamroczę pod nosem: ..... S....y, g....y, c......g, m.....s ....S....y, g....y, c......g Pike ! ....... Pike ! Pike ! Pike !
Kochany Apetyzerku ! Co mi tym razem dasz? ..... I nagle to co w spinningu lubię najbardziej; uderzenie z dalekiego dystansu, które przelatuje po kiju jakby człowieka prąd poraził i które czujesz aż gdzieś głęboko w trzewiach!

Zastanawiające, skąd tyle siły ma taki chudzielec? Za karę został zmierzony. Co myślicie? Ma metr? Czy nie! ....Ja wiem! Ale nie powiem!

Za to następny zupełnie na odwrót! - Krótszy, lecz spasiony jak wieprz !

Gdy go wyjmowałem z podbieraka i robiłem to zdjęcie, ciągle myślałem jak to było z tym braniem? Jak żyję, jeszcze czegoś takiego nie miałem ! - Najpierw poczułem opór. Więc zaciąłem ! Czułem podczas zacięcia ciężar ryby, lecz po chwili luz. Odjechałem więc blachą szybciutko z tego miejsca i zaraz ponowne uderzenie, jeszcze silniejsze ! Jakieś dziwne szamotanie i znów luz . Więc znowu uciekłem z blachą . Bo niby co miałbym zrobić ? Dwa ruchy korbką i ponowne uderzenie ! Nie do wiary ! Żeby szczupak na trzy razy blachę brał raz za razem ? Widocznie smak na przynęcie bardziej go przekonywał niż twardość blachy na zębach ? Hmmm ? Może to i prawda ? Zaraz ! Zaraz ! - Coś mi tu, mimo wszystko, nie pasuje ! Tam musiały być dwa ! - Tak ! - Na pewno ! Odłożyłem szybko rybę do podbieraka i czym prędzej za kij ! Posłałem blachę dokładnie w to samo miejsce i wolniutko pociągałem tą samą drogą. I miałem rację. Bo po chwili miałem już koło siebie obydwu sprawców bijatyki o moją blachę z Apetyzerkiem!

I co z takimi zrobić ? Każdemu kolejno klapsa! I do wody!

Zmrok zapadał co raz szybciej. Jedynie nad lasem, niebo rozjaśniała łuna świateł pobliskiego miasta. Po rosie niósł się daleki przytłumiony łomot autostrady. W takich chwilach naprawdę nie chce się wracać do świata ludzi.

Sprawdziłem ponownie pilniczkiem kotwicę. Uzupełniłem Apetyzera i szerokim wymachem posłałem blachę w ciemność. .......Lecz chyba niezbyt dokładnie, bo bez brania. Już zacząłem powątpiewać czy warto jeszcze rzucać ? Więc powtórzyłem rzut. Przecież wiedziałem już na pamięć gdzie należy rzucić ! Tym razem nie było uderzenia, lecz tylko mocne przygięcie kija. Od razu wiedziałem z kim mam do czynienia. Tak potrafi brać grubsza ryba ! ( Często te starsze roczniki zbierają w taki sposób przynętę. Ot tak sobie , jakby od niechcenia, spacerkiem, jak dojrzałą truskawkę z grządki).

Podczas robienia tego zdjęcia, kontrolka stanu baterii w aparacie fotograficznym, zaczęła niepokojąco mrugać zwiastując rychły koniec dzisiejszej wyprawy! I chyba na tę myśl trochę się ucieszyłem, bo ręce naprawdę mnie już bolały. Natura nie obdarzyła mnie atletyczną budową ciała i nie jestem zbyt szeroki w barach. Ale łowiąc szczupaki, nigdy nie pozwalam sobie na zbędne celebrowanie holu. Przede wszystkim nie wychodzi to na zdrowie szczupakowi ! A i wędkarz przeciągający w nieskończoność swój hol, często zostaje ukarany spięciem się ryby ! Osobiście takiego wędkarza ukarałbym dodatkowo poprzez zabranie mu licencji (a najchętniej skopałbym mu tyłek za znęcanie się nad zwierzętami).

Wracając do tematu.
Złowiony szczupak, naprawdę był przepięknym okazem, jakich nie łowi się codziennie ! Cieszę się, że udało mu się zrobić chociaż to jedno w miarę przyzwoite zdjęcie na pamiątkę ! ....Właściwie, w tym momencie, powinienem już zwinąć majdan i zakończyć wędkowanie. Tym bardziej, że czas testu ustaliłem na cztery godziny wędkowania non-stop (od godz. 18.000 do godz. 22.00). Właśnie minęła godz. 22.00! Ale pewnie sami wiecie jak to jest ? Manatki już pozbierane i plecak zapięty, a w myślach jeszcze raz by się rzuciło blachą! - Normalny i zdrowy na umyśle facet, nacisnął by na głowę kapelusz i pomaszerował do domu. A mnie staremu chciało się jeszcze ! ....Tym razem użyłem, wyłącznie blachy z Apetyzerem. Miałem prawo, bo było już po godzinach służbowych i wylądowałem jeszcze dwa piękne okazy. W zasadzie nie powinienem nawet o tym wspominać. Bo było to już po "dobranocce". Więc te dwie sztuki nie liczą się do testu! Jakość zdjęć też bardzo kiepska ! Mam nadzieję, że nikt będzie mi miał za złe, że dokleiłem jeszcze te dwa nieudane zdjęcia po za programem?

Podsumowując krótko wyniki czterogodzinnego testu przy metodzie łowienia na przemian dwoma sposobami.

Ogłaszam wynik!

Wygrał .......... przewagą 11 : 4 w braniach, oraz ilości wyholowanych ryb

Apetyzer!

Brawo!


Można jeszcze dodać, iż dwa brania ryb złowionych na przynętę niewyposażoną w Apetyzer, miały miejsce, gdy przynęta była prowadzona po wcześniejszej ścieżce zapachowej.

Cóż można więcej dodać? Chyba jedynie osobiste spostrzeżenia i refleksje! Ale o tym, chciałbym napisać w następnej, trzeciej części testu.
Nie wiem, czy ten artykuł kogoś przekona, że nęcenie zapachem w metodzie spinningowej ma sens? Staram się przekazać i pokazać fakty! A nie przekonywać. Bo taka jest moja rola jako testera. Wyznaczyć plan i zadania. Następnie wykonać. A na koniec zesumować i przedstawić wyniki. A przekonać się, każdy powinien się sam we własnym zakresie! O ile ma na to ochotę?
Mnie przekonywać już nie trzeba! Każdy posiada swe własne doświadczenia. I ja również użyłem swoich wcześniejszych doświadczeń do tego testu. Nęcenia zapachami używam od lat. Zawsze ta metoda przynosiła mi wspaniałe połowy okazów. I też zdarzał mi się taki "Dzień Konia". Czasem było więcej ryb, czasem mniej. Trafiały się też metrowe okazy. Ale nigdy dotąd nie miałem takiego połowu jak dziś, z taką serią okazów metrowych i bliskich metra ! Przyznacie, że takie cuda nie trafiają się codziennie ? Wcześniej, ciągle miałem problem z aplikowaniem atraktorów na przynętę. I ciągłą obawę, czy aby odpowiednia ilość zapachu została przeniesiona do celu w łowisko? Brakowało dobrego i skutecznego sposobu!
Teraz jest odpowiednie narzędzie! - Dozownik atraktorów - Apetyzer!



Tekst i zdjęcia: Maciej Marchwiak

 

Powrót na stronę START <- kliknij tu


 

Statystyka

Odsłon : 178857